Jak dbać o świeży tatuaż i czy dziaranie boli? | SUMMER 2017 ♥


źródło: tumblr.com

Nie ukrywam, że do napisania tego posta zabierałam się już ponad miesiąc temu, kiedy to mój tatuaż był już do końca zagojony a ja sama mogłam coś już na temat procesu gojenia powiedzieć. W tym przypadku jednak czas działa na korzyść i wiedzy z czasem zdobywa się więcej. Postarałam się jakoś zebrać myśli i zobrazować wam jak przebiegał cały proces od czasu zaraz przed, po dziaranie i etap gojenia. 

O tatuażu po skończeniu magicznej osiemnastki myślałam już jakiś czas przed. Zawsze było to jakieś niesprecyzowane- niby chcę ale nie wiem co i kiedy. Dużo czasu minęło, jeszcze więcej zawirowań w życiu prywatnym i w końcu po pewnym mało przyjemnym, ale uczącym wydarzeniu powiedziałam sobie: teraz. Odezwałam się do salonu, ustaliliśmy termin, wzór całkowicie zaplanowany został przeze mnie. Jako, że był to napis to nikt nie stwarzał z tego powodu problemów, nie mam pojęcia jak sprawa ma się w innych przypadkach. Tu trochę się zdradziłam: nie zdecydowałam się na róże na biodrze, piórko na nadgarstku czy mądry cytat na żebrach. Zdecydowałam się na tylko jedno słowo (w języku angielskim) w okolicach obojczyka. W większości moich sytuacji życiowych i outfitowych jest on niemal niewidoczny. 


Czy wykonywanie tatuażu boli?
Z mojego doświadczenia- nie. Różnicą między mną a osobami, które twierdzą, że boli jest przede wszystkim czas i miejsce wykonania. Sam proces dziarania trwał u mnie około 10 minut, co w przeciwieństwie do czasu w jakim wybieraliśmy dokładne miejsce i przygotowywaliśmy się jest ułamkiem. Oczywiście byłam poinformowana, że boleć może i byłam na to gotowa. Uczucie jakie mi towarzyszyło nie jest porównywalne do żadnego z wcześniejszych doświadczeń. Nie było ani miłe ani nieprzyjemne- neutralnie. 




W co warto się zaopatrzyć?
- ręcznik papierowy,
- maść do smarowania świeżego tatuażu, np. ALANTAN maść,
-płyn do higieny intymnej do przemywania lub inny wskazany środek myjący.



Jestem pewna, że zostaniecie odpowiednio poinstruowane przez waszego tatuatora, który wyjaśni wam dlaczego własnie w te rzeczy powinnyście się zaopatrzyć. 






Jak ja pielęgnowałam świeży tatuaż?

W pierwszych trzech dniach tatuaż powinno przemywać się co +/- 3 godziny np. żelem do higieny intymnej, następnie osuszać ręcznikiem papierowym i smarować maścią. Przy większych malunkach na noc można nałożyć folię spożywczą, jednak sama spotkałam się z tezą, że lepiej tego nie robić z powodu większej ilości bakterii. Folię, która zostanie umieszczona na tatuażu w salonie, można nosić maksymalnie do 3-4 godzin. Po trzech dniach można trochę zluzować porteczki i tatuaż smarować i przemywać nieco rzadziej, jednak wciąż wystarczająco często, aby nie powstały na nim strupki. Warto wspomnieć, że przez 2 tygodnie od dziarania lepiej unikać alkoholu i... innych używek. Po upływie około 2 tygodni wasz tatuaż możecie nawilżać zwykłym balsamem, którego używacie do całego ciała.


Czy znając temat 'od kuchni' zdecydowałabym się na dziaranie i czy planuję kolejne tatuaże? 

Czy gdybym mogła cofnąć czas zdecydowałabym się na to ponownie? Tak, nie znalazłam żadnych minusów w tym, czego doświadczyłam. Okres pierwszych dni po dziaraniu jest może trochę upierdliwy, ale też mega satysfakcjonujący, Co do kolejnych tatuaży: wiem, że obecnie nie dotknęłabym łapek, szyi czy nóg, ale intensywnie myślę nad biodrem i być może pod koniec lata wleci coś nowego. 


źródło: tumblr.com


Bardzo polecam wam wpis, który fajnie przedstawia cały proces gojenia się tatuażu z... przymrużeniem oka: kliknij tutaj :)



Dajcie znać czy wy macie tatuaże lub czy chciałybyście mieć i jaki jesz was stosunek do tematu, chętnie podyskutuję z wami w komentarzach!


Mija marzec, co z Twoimi postanowieniami noworocznymi?


Mija marzec, coraz częściej dostrzegam pierwsze przebłyski wiosny. Nie mogę się jej doczekać, bo wiosna robi z nami wszystkimi fajne "coś", które nie do końca potrafię sprecyzować. Dziś trochę przez sny, które nawiedziły mnie nocą, zaczęłam wspominać ostatniego Sylwestera, którego spędziłam w gronie ludzi, z którymi (stety, niestety) nie utrzymuję już kontaktu. Było naprawdę miło, może dlatego wspominam ten dzień właśnie 18 marca. Nowy rok przyniósł dla większości z nas czas na nowe cele, postanowienia, czas na zmiany. Jedni postanowili schudnąć 15 kg, inni zakończyć jakąś niezdrową relację, jeszcze inni mieli w planach przestać obgryzać paznokcie. Uwierzyliśmy, że ten rok może być lepszy od poprzedniego- że nasze życie przez zmianę daty może się zmienić. I wiecie co? Może. Może się zmienić, nie zupełnie przez zmianę daty, ale zmiana jest w waszych rękach i jeżeli to nowy rok miał być bodźcem- to super! Jeżeli spisałaś na początku stycznia listę postanowień, znajdź ją. Wiele z blogerek, które odwiedzam regularnie lub mniej, taką listę udostępniły. Wróćcie do tego posta. Jeżeli stworzyliście listę w głowie, przypomnijcie sobie, co zakładaliście. Zadajcie sobie pytanie. 


Czy nadal pamiętacie o waszych postanowieniach?


Wierzę, że część z Was na pytanie odpowie: tak. Wiem też, że większość, niestety, w wirze codzienności zupełnie o swoich planach zapomniała, straciła motywację lub zrezygnowała, bo to za trudne. Przypomniało mi to o pewnym mądrym zdaniu, które jeden z moich kolegów, udostępnił na facebookowej tablicy: Jeżeli nie potrafisz wytrwać tygodnia w swoich założeniach, jak masz wytrwać w swoich planach przez całe życie? Nie zawsze jest miło, przyjemnie i z nieba leci nam puch. Czasami jest ciężko, czasami w międzyczasie ktoś odchodzi, ktoś pojawia się w naszym życiu, często płyną łzy i jest pod górkę. Ale dziś, 18 marca, jesteś tą samą osobą, którą byłaś, kiedy pisałaś swoje cele. Wróć do nich, stwórz plan i osiągnij to, co sobie narzuciłaś. 


Przyznam się: na biurku obok mnie leży lista z dziesięcioma punktami, które chciałabym w tym roku odhaczyć. Każdy z nich jest dla mnie ważny na tyle, że nie potrafię go tu upublicznić. Ale mija trzeci miesiąc odkąd robię, co w mojej mocy, by dostać to, czego chcę, o czym marzę.


W międzyczasie przeżyłam trudne rozstanie, które na jakiś czas odebrało mi chęci do robienia czegoś ze swoim życiem. Rozstanie z facetem, przez którego stawałam się coraz słabsza. Ale to minęło. 


W międzyczasie miałam problemy w domu, ale one minęły.


Poniosłam kilka porażek, które mnie zasmuciły. Wstałam, bo one minęły.


Nie rezygnuj ze swoich planów, wizji lepszego życia, spełniania marzeń, tylko dlatego, że przez chwilę coś w twoim życiu się nie układa. Działaj, upadaj, idź dalej.
 Stojąc w miejscu zawsze w nim będziesz.


żródło; tumblr.com

Ulubieńcy stycznia 2017 ♥



Na początku posta o rzeczach, które mi się spodobały, muszę wspomnieć o tym co bardzo mi się w styczniu nie spodobało. Zaopatrzyłam się w nowy sprzęt do zdjęć, żeby blog wyglądał w miarę przyzwoicie, a chociaż lepiej niż dotychczas. Aparat mimo lepszych parametrów foty cyka gorsze niż poprzedni, tak więc przyznaję, że przeprosiłam i wróciłam na stare śmieci. Posty zmienią trochę swoją formę i wcale nie dlatego, że chcę robić pieniążki na swojej rzekomej oryginalności, tylko dlatego, że blogów, na których dziewczyny w sposób bardzo profesjonalny piszą o kosmetykach lepszych, gorszych jest naprawdę bardzo dużo. Fałszywą skromnością byłoby, gdybym napisała, że zupełnie nie znam się na makijażu a moje opinie o kosmetykach będą opiniami osoby, która maluje się jak umie, tylko na co dzień. Chciałabym wam przekazywać swoją wiedzę trochę z przymrużeniem oka. Jak koleżankom, nie obcym dziewczynom.  Reszta wyjdzie w praniu a Was zapraszam na moich ulubieńców pierwszego miesiąca 2016! 


Idąc makijażowo od początku, styczeń był dla mnie miesiącem testów nowego podkładu. Zdecydowałam się na Revlon Colorstay do cery tłustej i mieszanej, bo po moich starszych postach widać, że często na świecenie się mojej buzi w ciągu dnia narzekałam. Konieczne były 2-3 poprawki, co jak same pewnie wiecie jest bardzo niewygodne a z pewnością sprawia dyskomfort w postaci myśli: kurde, pewnie świecę się teraz jak... (same dopowiedzcie) i częste sprawdzanie stanu makijażu. Colorstay dał mi coś czego w podkładach od zawsze szukałam: krycie i trwałość. Nie potrzebuję poprawek makijażu, niezależnie od tego czy jest on na mojej twarzy 3, 7 czy 16 godzin. Bardzo się polubiliśmy i chociaż nieprawdą byłoby, gdybym powiedziała, że jest to lekki podkład (trochę robi tynk), to przy odpowiedniej aplikacji i dbaniu o skórę, nie powinien stwarzać problemów. To najlepszy podkład jaki miałam do tej pory i pluję sobie w brodę, że wcześniej po niego nie sięgnęłam. 




W styczniu wróciłam również do najlepszego pudru, z jakiego już w tamtym roku korzystałam. Mowa tu o słynnym Rimmel Stay Matte. Uwielbiam go, polecam koleżankom, które poźniej też bardzo go sobie chwalą. Jest to moje któreś z kolei opakowanie i przy mojej problematycznej cerze sprawdza się o wiele lepiej niż pudry z wyższej cenowo półki. Na promocji lub w drogeriach internetowych można go dorwać za kilkanaście złotych. Do konturowania/ocieplania twarzy super sprawdzał mi się bronzer Bell z Biedronki. Ma super odcień i świetnie zastąpił mój wysłużony i niestety popękany stary bronzer. Pigmentacja jest bardzo dobra, fajnie się rozciera. 






Wieczory w dużej części stycznia były wieczorami typowo zimowymi: długie, śnieżne i mroźne. Właśnie w tym okresie uwielbiam palić w pokoju świeczki. Tej zimy zdecydowałam się na świeczki marki Bispol, które zamawiałam ze strony klik. Wiem, że są dostępne również stacjonarnie. Widziałam je w Intermarche. Moim ulubieńcem był zdecydowanie Golden Touch. 







Chciałybyście aktualizację mojego codziennego makijażu? ♥


IRRESISTIBLE Me | Hair Extensions


Jakiś czas temu na blogach zaczął się szał na produkty marki Irresistible Me. Mowa głównie o szczotkach prostujących i włosach clip-in. Nie chcę wam ściemniać, że nagle każda z nas postanowiła wydać całkiem ładną sumkę na przedłużanie włosów. Dostałyśmy propozycję współpracy. Propozycja, moim zdaniem, dosć ciekawa i warta zastanowienia. Nie chcę uogólniać, dlatego na swoim przykładzie, dodam tylko, że opinia jest moja, niezależna i mogłam napisać o włosach, co tylko zechcę. Zapraszam do zapoznania się z MOIMI odczuciami dotyczącymi włosów doczepianych marki clip-in, mam nadzieję, że okażą się one przydatne, szczególnie dla tych z was, które podobnie jak ja, jakiś czas noszą się z takim zakupem. 




Z włosami doczepianymi miałam styczność tylko raz. Było to około pół roku temu, włosy były niewątpliwie syntetyczne, zamawiane z jakiejś azjatyckiej strony internetowej. Były sztywne, w miarę gęste, nie wyglądały ani trochę naturalnie. Kolor bardzo mi nie podpasował. Kiedy omówiłam warunki współpracy z firmą Irresistible Me, zdecydowałam się na włosy z serii Silky Touch o wadze 200 g i długości 24", odcień Medium Brown. Na paczkę, biorąc pod uwagę, że dostarczana była z zagranicy, czekałam bardzo krótko, bo (uwaga!) plus minus tydzień. Podczas transportu nic się nie uszkodziło, nawet kartonik, w który włosy były zapakowane nie był w żadnym stopniu pognieciony. 



Włosy przychodzą w opakowaniu podzielonym na dwie, zamykane na suwak i naklejkę ochronną, części. Mniejsza część zawiera jedno pasmo służące do sprawdzenia koloru przed otwarciem całości. W przypadku, kiedy kolor nam nie odpowiada, włosy możemy wymienić. W moim przypadku włosy pasują kolorystycznie idealnie, a bardzo bałam się, że tak nie będzie. Nie ulega wątpliwości, że są to włosy naturalne. Choć ja sama decyduje się raczej na 2 taśmy, niż cały zestaw, to myślę, że tym z was, które swoje włosy chciałyby zagęścić spodobał by się cały zestaw.











Już za jakiś czas postaram się przedstawić wam efekt PRZED/PO lub jakąś fryzurę przy użyciu tych włosów. 
A czy wy zdecydowałybyście się na włosy doczepiane?

JESIENNE NOWOŚCI #2 | Bell, Zaful, Bambino


Bardzo nie chciałam, abyście poprzedni post musiały przewijać godzinami, stąd też pojawia się jego druga część. Nie są to rzeczy, które kupiłam w jeden dzień, więc choć jest ich stosunkowo sporo, to zdecydowanie mniej niż przed moją akcją: zacznij w końcu oszczędzać. Pokaże wam kilka nowości lub nienowości u mnie. Co do kosmetyków- są to trzy tanie rzeczy, więc może tym zachęcę was do zapoznania się z moją opinią na ich temat. Warto czy nie? 



Bell, 2 skin pocket to drugie moje opakowanie tego pudru. Nie dlatego, że tak cudownie mi się sprawdzał, że sięgnęłam po niego drugi raz. Po prostu zapomniałam jaki był beznadziejny, a ostatni raz miałam z nim styczność jakoś pod koniec gimnazjum, więc troszkę czasu już minęło. Zachęciła mnie pozytywna opinia (a szczególnie o kolorze) pewnej youtuberki, u której się sprawdzał. U mnie niestety do utrwalania makijażu zaraz po jego wykonaniu się nie sprawdza, ponieważ nie radzi sobie z tym i po chwili podkład wygląda na nieprzypudrowany, jednocześnie zmienia kolor podkładu, tworzy plamy i mogę powiedzieć, że nawet trochę maskę. Nie sięgnę po niego ponownie. Koszt to ok. 12 zł.




Kolejną rzeczą, również z Bell, jest matowy puder brązujący Sculpting mat powder, który można dostać również za około 12 złotych w Biedronkach. Z tym produktem, o dziwo, się polubiłam i stosuję go raczej w dni, kiedy buzię konturuje, nie ocieplam. Bardzo mi się w tej roli sprawdza i mimo, że nie jest najwydajniejszy (trochę się pyli) to myślę, że starczy mi na dosyć długo. Obecnie czaję się na jakiś droższy puder i róż, bo są to kosmetyki, które zużywają się powoli i jestem w stanie wydać na nie troszkę więcej (rozważam The Balm, Frat Boy, bronzera nadal szukam). Jeżeli macie swoich ulubieńców- proszę dajcie mi znać w komentarzu. :)




Bambino, krem ochronny z tlenkiem cynku to krem, którego używam bardzo rzadko, jednak jest bardzo przydatny. Nie nada się na dzień, pod makijaż, ponieważ jest za tłusty do tego celu. Na noc może się sprawdzić wielu osobom, ale może też zapychać. Ja go używam właśnie na podrażnienia, szczególnie w okresie kataru lub na podrażnione okolice przy brwiach. Budzimy się z bardzo ładną i wypielęgnowaną skórą. Dobry i niedrogi krem. Polecam!



Kolejnymi dwiema rzeczami, są ubrania, które za nic nie chciały ze mną współpracować przy robieniu zdjęć. Ręczę za to, że wyglądają identycznie jak na stronie. Może sweterek jest trochę krótszy niż mi się wydawało i nawet spodnie z wysokim stanem nie zakryją gołego brzuszka, ale jeżeli ktoś krótsze bluzki lubi, to i ta mu się spodoba. Bluza jest mięciutka, wygodna, niestety, również dosyć krótka. 







JESIENNE NOWOŚCI| Zaful, Garnier, Tołpa


Są kosmetyki, rzeczy, których często wam nie pokazywałam na blogu, bo nie były ani wystarczająco dobre na ulubieńców, ani wystarczająco złe na buble. Często też po prostu zapominałam, zużywałam i wyrzucałam je. Postanowiłam nabrać trochę systematyczności w dodawaniu postów o kosmetykach, których właśnie używam, rzeczach, jakie ostatnio kupiłam czy wyjątkowo przypadły mi do gustu. Ostatnio tych nowości, zwłaszcza w kwestii kolorówki, jest u mnie o wiele mniej, ze względu na to, że wzięłam się za konsekwentne zużywanie produktów, które leżą u mnie i leżą. Dziś, w końcu, wykończyłam mój dawny ulubieniec podkładowy Maybelline Affinitone (recenzja tutaj, test tutaj). I  wreszcie biorę się za podkład marki Bell! :)




Całkiem niedawno potrzebowałam na szybko jakiś płyn micelarny, ponieważ zużyłam już chyba wszystko (oprócz mydła) czym dało się zmyć makijaż. Sięgnęłam po Garnier Czysta Skóra, trochę znudzona już płynami od Ziaji (które nadal uważam za świetne, recenzja: tu). Nigdy nie miałam płynu tej marki, stąd nie mam porównania chociażby z tym popularnym różowym, chwalonym na wielu blogach. Ten bardzo mi się podoba, ładnie zmywa każdy element makijażu i oczyszcza skórę. Jedyną cechą, do jakiej mogę się przyczepić, jest zapach. Mnie troszkę drażni, ale myślę, że wiele z was nie zwróci nawet na to uwagi. 






Tołpa, matujący krem normalizujący bardzo nie przypadł mi do gustu. Powiedziałabym, że nakładany pod makijaż zwiększa efekt świecenia się skóry. W dodatku na cerze, zaraz po aplikacji czuć nieprzyjemne pieczenie. Nawilżenie jest niemal niezauważalne. Nie mam pojęcia do jakich cer kierowany jest ten produkt, ponieważ cery tłustej, mieszanej nie utrzyma w ryzach, cerę normalną i suchą może jeszcze bardziej przesuszyć. Zaletą (chyba jedyną!) tego kremu jest jego konsystencja. Żelowa, bardzo szybko się wchłania. Nie polubiliśmy się, niestety...





Rzecz, może nie wpisująca się w tematy urodowe, ale na pewno w jesienno-zimowe. Są to podgrzewacze, które kupiłam w Intermarche za niecałe 3zł/opakowanie. Dostępne są w prześwietnych wersjach zapachowych. Mnie najbardziej ujął zapach kawy i wiśni. 






No i czas na najładniejszą torebkę w mojej szafie. Wygląda przepięknie, bardzo elegancko i jest świetnie wykonana. Nie potrafię się doszukać żadnego defektu. Jestem absolutnie w niej zakochana. Zmieści się w niej niewiele rzeczy, ale najpotrzebniejsze z pewnością. 




Zamawiając rzeczy z Zaful zdecydowałam się także na trzy zestawy pierścionków w różnych wzorach i rozmiarach (klik klik klik). Są średniej jakości, wydaje mi się, że plastikowe. Dosyć szybko farba się ściera i zostaje na palcu. To raczej jednorazowe cuda, ale jeżeli komuś taka forma użytku odpowiada to polecam. Wyglądają nieźle!




Spodnie, na które bardzo czekałam. Zamówiłam je w rozmiarze M, jednak otrzymałam S i nie pasują mi. Dżins jest gruby, nieelastyczny i ma przepiękny kolor. Trochę szkoda, że są za małe, bo są piękne. 

Ostatnią rzeczą jest koszulka, którą dopasowałam do spodni. Materiał jest miękki, dosyć lejący. Odcięłam dwie dyndające się przy napisie nitki i jestem z niej zadowolona. Niestety, jest w praniu a ja chciałabym dodać już ten post. Wygląda niemal identycznie jak na zdjęciu, jednak jest nieco krótsza. Mi się podoba i z pewnością będę ją ubierać na co dzień.

✍️ OCENIAMY | SAMMYDRESS


Trochę tu nie pisałam a wiadomo, że nic bardziej nie zmotywuje leniwego blogera niż... terminy. Trochę się działo, trochę o tym wspomnę nawet w tym poście. Chciałabym wam dzisiaj pokazać rzeczy, które zamówiłam na azjatyckiej stronie Sammydress. Nie ukrywam, że żadnej z tych rzeczy nie kupiłam za własne pieniądze i nie chce wam ściemniać tekstami typu: mogłam sobie za to kupić nowe buciki hihi, ale jednak kupiłam koszulkę z Azji hihi. Post powstaje przy współpracy z tym sklepem i chciałabym, żeby moje opinie miały dla was charakter wyłącznie informacyjny. Wiele z tych rzeczy nie kosztuje, wbrew pozorom, tak tanio i równie dobrą opcją jest kupić coś podobnego w sieciówce za podobne pieniądze. Po długim wstępie zapraszam do przeczytania dalszej części wpisu! :)




Pisałam wam w poście, jakiś czas temu, o okularach przeciwsłonecznych, na które przez przypadek... usiadłam. Zdecydowałam się więc na nowe okulary, tym razem w kolorze różowym. Są nieco większe od poprzednich i nadadzą się raczej dla osób odważnych, które lubią eksperymentować ze swoim strojem. Sama nie mogę się do nich przekonać, jednak wyglądają według mnie pięknie. I portfel, który zamówiłam sobie po dłuuuuuuuuugich poszukiwaniach, właśnie na stronie Sammydress, Ma bardzo dużo przegródek, jest praktyczny i nie tak duży jak ten z poprzedniego zamówienia. Bardzo mi się podoba i mam nadzieję, że nie zniszczy się szybko. Niestety cena wynosi prawie 40 złotych, co jak na produkt z azjatyckiej strony, wydaje mi się kwotą trochę, jednak, za dużą. Same oceńcie.




Zdecydowałam się również na kolejny lakier hybrydowy. Nie miałam go jeszcze na paznokciach, jednak na wzorniku trochę mnie zawiódł. Na stronie kolor wyglądał bajecznie, na żywo trochę... taniej? Jest to jednak kolor bardzo ładny i w okresie jesienno-zimowym na pewno wyląduje na moich paznokciach. 


Torebka z frędzlami, czyli moja perełka z tego zamówienia i wcale nie ze względów wizualnych, a sentymentalnych, ponieważ to właśnie ją miałam na egzaminie na prawo jazdy, który zdałam. I chociaż ostatnio, trochę z mojej winy, urwał się pasek, to nie potrafię jej wyrzucić. Grzecznie skleiłam uszkodzenie i wygląda jak nowa. Wygląda bardzo ładnie, jest większa niż się spodziewałam. Bez problemu zmieści się do niej zeszyt czy książka. Ma kilka przydatnych przegródek. 




Pędzle, na które czaiłam się przy niemal każdym zamówieniu na stronach, na których są akurat dostępne. Wyglądają przepięknie, czytałam na innych blogach, że są też mięciutkie. Uwielbiam największy z nich, ponieważ jest naprawdę przemilusi. Pędzli nigdy za dużo, o tych może jeszcze kiedyś wspomnę na blogu :) 





Na koniec kilka wyjaśnień dotyczących mojej zmniejszonej aktywności na blogu. Ostatni miesiąc był dla mnie czasem dosyć trudnym. Skończyłam kurs, zdałam egzamin na prawo jazdy, zakończyłam dosyć długi związek. Zdecydowałam się na sporo zmian, które wy, jako czytelniczki bloga na pewno również odczujecie- w sensie jak najbardziej pozytywnym. Będę się starała trochę odejść od tematyki urodowej na rzecz luźniejszych przemyśleń. Ale wszystko to będziecie mogły obserwować właśnie tu i właśnie w tym jeszcze roku! :)


Edit: Część z zamówieniem z Zaful została usunięta. Pojawi się na pewno niebawem! :)